-

ewa-rembikowska : Wczoraj Warszawianka, dziś Kujawianka.

Psia drużyna. Z Alaski na front w Wogezach.

Miał być Blitzkrieg a wyszła wojna pozycyjna. Linia zachodniego frontu przebiegała od Morza Północnego koło wsi Diksmuiden i miasta Ypres i dalej przez północną Francję, Wogezy do granicy szwajcarskiej i liczyła koło 700 kilometrów. Jednym z odcinków frontu były Wogezy – pasmo górskie ciągnące się na przestrzeni 160 km wzdłuż Renu. Najwyższy szczyt to Grand Ballon o wysokości 1424 km. Góra Hartmannswillerkopf była jednym z głównych pól bitew pierwszej wojny światowej. Francuzi i Niemcy toczyli ciężkie walki o ten punkt, dający możliwość obserwacji równiny alzackiej. W samym tylko roku 1915 góra cztery razy przechodziła z rąk do rąk. Walki toczyły się tutaj przez cały okres wojny, a góra ucierpiała od granatów, gazu i miotaczy ognia. Zdobycie góry oznaczało dla armii francuskiej sukces jej ofensywy w regionie Miluzy. W Wogezach walczyli strzelcy alpejscy. Razem 47 dywizji.

W okolicach Colmar w latach 1914 -1918 zginęło w sumie trzydzieści jeden tysięcy żołnierzy francuskich i niemieckich. Francuzi bombardowali okopy niemieckie w Alzacji, Niemcy odpowiadali ogniem artyleryjskim. Jatka była straszna. Walki toczyły się w bardzo niesprzyjających warunkach topograficznych. Sprzęt dla żołnierzy na pierwszej linii dostarczany był  taborami zaprzęgniętymi w konie. Jesienią wspinaczka po rozmokniętych stokach górskich okazała się dla tych zwierząt zbyt trudna. Zaangażowano więc muły, które lepiej radziły sobie w błocie. Pogoda była coraz gorsza. Wiał silny wiatr, padał marznący deszcz, ziemia się obsuwała niosąc  kamienie, które tarasowały ścieżki. Styczeń 1915 roku przyniósł obfite opady śniegu, tworzyły się dwumetrowe zaspy. Muły okazały się zbyt słabe na takie warunki. Żołnierze musieli sami sobie radzić, nosząc zaopatrzenie na własnych plecach.

Dwóch oficerów – kapitan Louis Moufflet oraz porucznik Rene Haas złożyło na ręce dowództwa armii Wogezów raport z propozycją zatrudnienia do transportu psich zaprzęgów. Pierwszą reakcją był śmiech. Drugą refleksja. Bo przecież w wojsku francuskim służyło 12 tysięcy psów sanitarnych. Pomysłodawców przyjął dowódca siódmej armii generał Louis de Maud'huy, który wysłuchał ich doświadczeń z pobytu na Alasce i wyraził zgodę na zakup 400 psów, 40 sań, uprzęży i karmy.  7 sierpnia 1915 roku minister wojny zatwierdził projekt. Zaczął się wyścig z czasem.

W Nowym Jorku oficerowie rozdzielili się.Władze amerykańskie z względu na deklarowaną neutralność odmówiły transportu stada przez swoje terytorium. Kapitan Mouffet skierował się do Kanady do Quebecu.  Jego kompan pojechał do Nome na Alasce, gdzie miał się spotkać z maszerem Scotty Allanem, do którego przed wyjazdem wysłał telegram z prośbą o wsparcie przy zakupie psów. 

Kiedy przybył do Nome czekała go miła niespodzianka. W ciągu dwóch tygodni Alan kupił 106 psów, gotowe sanie, uprzęże i 2 tony suszu łososia. 

Alan podjął decyzję, by zgłosić się na ochotnika do szkolenia alpejskich maszerów we Francji.  Rozpoczął się pierwszy etap podróży z Nome do Seattle. Wynajęto barkę a Scotty musiał rozwiązać problem bezpiecznego i szybkiego zaokrętowania psiej drużyny. Przygotował stu metrową linę z pięćdziesięcioma trzema pierścieniami umocowanymi co 160 cm. Po każdej stronie liny umieścił dwa psy. Był świadom, że zwierzęta nie znały się, każda awantura między nimi mogła doprowadzić do katastrofy.  Z tyłu naprężenie liny kontrolował ciężki wóz z czterema koniami pociągowymi. Napięcie było ogromne. Kawalkada przeszła jednak spokojnie przez miasto a po trzech godzinach barka opuściła port w Nome. Po 9 dniach drużyna wysiadła w Seattle. Transfer pomiędzy statkiem a pociągiem odbył się bez trudności pod ochroną kanadyjskich górali z Vancouver. Oczywiście wywołał sensację i uruchomił szpiegów niemieckich. Kolejny odcinek to 5000 tysięcy kilometrów do Quebecu. Psy umieszono w dwóch wagonach pullmanowskich. Ich bezpieczeństwa strzegł oddział wojska kandyjskiego, który udareminił próbę otrucia psów i zgładzenia Haasa i Allana. 

W Quebecu na  Scotty’ego Allan i porucznika Haas’a czekał kapitan Moufflet a wraz z nim psy, które kupił podczas dwutygodniowego objazdu  prowincji Belle i Labrador. Ekipa liczyła teraz 436 psów, uprzęże, siedemdziesiąt sań i pięć ton karmy oraz 3 maszerów.

Psy ulokowano w wesołym miasteczku sąsiadującym z centrum eksperymentalnym amunicji armii kanadyjskiej. Cały dzień trwa kanonada, co stanowiło znakomity trening dla psów. Po dwóch dniach przestały reagować szczekaniem, co stanowiło dobry prognostyk dla ich przydatności do wojskowej. Głównym zadaniem trenerów było  nauczyć psy spokojnego zachowania i tego, by nie szczekały.

W czasie, gdy Allan złatwiał paszport, kapitan Mouffet szukał statku, którego kapian zgodził by się zabrać nietypowy ładunek na druga stronę Atlantyku.

Było to trudnie zadanie, bo ze względu na niemieckie łodzie podwodne, które zatapiały wszystko co spotkały pod drodze, ruch został ograniczony do minimum.

 W końcu kapitan Mouffet dogadał się z kapitanem zwodowanego w  1882 r parowca „The Pomeranian” należącym do  Allan Steamship Line Company.  Kapitan zgodził się za odpowiednio słoną opłatązabrać  nietypowy ładunek, ale pod warunkiem, że psy będą schowane w sterowni, tak by nie słychać było ich szczekania.  Allan nie chciał się na to zgodzić, twierdząc, że w w tak niehigienicznych warunkach przy braku powietrza, wilgotności, oparach maszyn, psy nie przeżyją. Udowadnił, że jest w stanie zapanować nad stadem a psy szczekać nie będą. Psy zostały rozmieszczone na pokładzie w 170 klatkach  przymocowanych solidnie do pokładu. 

W jedną z burzliwych nocy  statek mało nie zatonął.  Alan w nocy stał na mostku kapitańskim, w dzień szykował psy do pracy. Każdemu do jego obroży przytwierdził znaczek z jego imieniem, numerem zespołu i miejscem w nim.

Parowiec, by uniknąć okrętów podwodnych płyną zygzakiem i bez świateł. Po 14 dniach w asyście francuskich trałowców zawinął do portu w Hawrze, który był najbardziej ufortyfikowanych portem u ujścia Sekwany. Koszt sporwadzenia drużyny zamknął się kwotą 137 390 franków. 

Psia drużyna została umieszczona w starych ubojniach.

Zaplanowano 60 drużyn składających się 7 psów i około dwudziestu psów w rezerwie.  Przewodnikami mieli zostać żołnierze, którzy zgłosili się na ochotnika do tej nietypowej służby zaopatrzeniowej.

Rozpoczęły się treningi: dwa razy dziennie drużyny wyruszały w trasę. Francuzi uczyli się się angielskich komend, psy oswajały się z opiekunami.

15 grudnia 1915  roku drużyna przybyła do Wogezów. Jedna grupa skierowana została do Tanet a druga do Breitfirst - 1280 metrów nad poziomem morza.

Rozpoczął się drugi etap treningów.

Zespół składał się z dziewięciu psów, czterech par prowadzonych przez  psa-lidera, znajdującego się na początku kolumny. Przewodników było dwóch. Jeden siedział na froncie sań, pilnował ładunku  i wydawał rozkazy, drugi na płozach w razie potrzeby hamował zaprzęg. 

Wkrótce psy zostały przeniesione do dwóch obozów i poszły na front.

Obóz numer jeden zaopatrywał punkty w Calvary, Lac Blanc, Lac Noir, Roche des Fees, Rossberg, Linen.

Obóz numer 2 zaopatrywał punkty w Hartmannswillerkopf, Mittlach, Linen, Lac Noir, Lac Blanc, Metzeral, Honeck.

Na co dzień psy ciągnęły masywne sanie o ładowności koło 200 kg, przewożąc sprzęt w tym kable telefoniczne, amunicję, żywność, opał a w drodze powrotnej zabierając rannych. Był to ogromny postęp, bo muł nie był w stanie dziennie zrobić więcej niż 30 km niosąc z trudem ładunek o wadze 80 kg.

Co dzień psy przebywały trasy liczące od 40 do 70 km ze średnią prędkości 8 km na godzinę. W lżejszych sankach - w razie potrzby - dowoziły sztab i oficerów łącznikowych na linię frontu. 

Dzięki zaangażowaniu psów z Alaski temu udało się utrzymać albo odbić wszystkie szczyty w Wogezach.

 

W którąś noc dostarczyły 30 kilometrów kabla telefonicznego na stanowisko intensywnie ostrzeliwane przez Nimców. Dzięki przywróceniu połączenia telefonicznego sztab mógł skierować ogień artyleryjski na stanowiska nieprzyjaciela. A swoim przysłać wsparcie. I tak to się toczyło dzień za dniem. W zimie sanki, w lecie sanki na kółkach, jednocześnie tam gdzie było to możliwe budowano tory, po których psy ciągnęły wózki.

Psy jadły raz dziennie pożywienie o warości 15 centymów, na które się składało:

750 gram mięsa

550 gram  chleba, lub 300 gram ryżu, warzyw, lub makaronu

7,5 grama soli

Do ich racji należał również węgiel, świece i podściółka.

Z 436 psów przywiezionych do Francji 247 psów przeżyło wojnę. Trzy zostały odznaczone za bohaterstwo Krzyżem Wojennym. Nie wróciły na Alaskę. Po zdemobilizowaniu stały się prywatnymi pupilami swoich wojskowych opiekunów.

W Nome

Załadunek na barkę w Nome. Kierunek Sattle.

Pociągiem do Quebecu.

Dla dziennikarzy 400 psów jadących na front było nie lada sensacją.

Statek Pomerania.

 

 



tagi: i wojna światowa  alaska  scotty allan  psy w wojsku  psy pociągowe  front w wogezach  nieznany epizod  zaopatrzenie na wojnie 

ewa-rembikowska
25 grudnia 2018 21:21
7     753    17 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Paris @ewa-rembikowska
25 grudnia 2018 22:38

Wspanialy, swiateczny wpis, Pani Rembikowska...

... do tego bardzo zaskakujacy, absolutnie nieznany i pomimo smierci polowy liczebnosci psiego stada to zakonczony "happy end'em"... a psy - sadzac po zdjeciuach - piekne  !!!

Nic dziwnego, ze po wojnie staly sie "prywatnymi pupilami swoich wojskowych opiekunow".

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @ewa-rembikowska
25 grudnia 2018 23:03

Mam takiego zaprzyjaźnionego husky. Właściciele muszą wykonywać każdego dnia kilkukilometrowe marsze żeby psica była szczęśliwa. 

No i udział w zawodach,  wyścigach itd..

http://mikolow.naszemiasto.pl/artykul/wyscigi-psich-zaprzegow-2015-foto,3572168,gal,t,id,tm.html

Na przykład jak w tej galerii zdjęć. 

Takich zawodów jest w Polsce co roku kilka. I mistrzostwa świata. .

Super psy

:)

 

zaloguj się by móc komentować

Szczodrocha33 @ewa-rembikowska
26 grudnia 2018 00:35

Sporo wiem o II Wojnie Swiatowej ale o pierwszej w sumie niewiele.

Znakomity tekst, dziekuje.

Pies - najmilsze chyba stworzenie pod sloncem (z czworonoznych). Nie umie biedactwo mowic ale jak potrafi pomoc czlowiekowi.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @ewa-rembikowska
26 grudnia 2018 01:19

Dałabym z 10 plusów, naturalnie :)

Fascynujaca opowieść o zwierzętach. I to tych naszych, ukochanych. 

 

zaloguj się by móc komentować

Globalny @ewa-rembikowska
26 grudnia 2018 02:01

Brawa dla Francuzów za kreatywność. Że do boju ruszali taryfą to już wiedziałem

https://www.polskieradio.pl/39/246/Artykul/1664990,Bitwa-nad-Marna-jak-taksowki-uratowaly-Francje

Ale żeby na kocie... Znaczy na psie :-) Dzięki za wydobycie tej historii.

zaloguj się by móc komentować

ewa-rembikowska @Paris 25 grudnia 2018 22:38
26 grudnia 2018 08:20

Dziekuję Paris! A Sznownym Czytelnikom Wesołych Świat okraszonych fajnymi historiami ze zwierzetami w tle!

zaloguj się by móc komentować

Paris @ewa-rembikowska 26 grudnia 2018 08:20
26 grudnia 2018 15:53

Dziekuje za zyczenia i wzajemnie,

 

Tak, Pani Rembikowska...

... Swieta i zwierzeta - to dopiero sa SWIETA  !!!

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować